księgarnia 77/23

Anna Bohdziewicz, Jerzy Urban na ostatnim zjeździe PZPR, 1990, źródło: desa.pl

Dorota Karaś, Marek Sterlingow, Urban. Biografia, Znak 2023

Czytam „Urbana” jako lekturę konsolacyjną w okresie, w którym dotychczasowa władza gnije. Obserwuję to z urzędu, z samego środka, gdzie co dzień trzeba nakładać maseczkę, aby nie za dusić się obrzydliwym odorem rozkładu. Decyzje podejmowane dla kolesiów, umowy podpisywane wbrew wewnętrznym regulaminom, pogarda dla prawa i obyczajów. Gnijący autorytaryzm okazuje się obmierzłą kleptokracją. Ci, których historia postawiła po przeciwnej stronie Urbana, i którzy po wielokroć okazywali mu swą moralną wyższość, okazują się równie cyniczni, co on. Na niekorzyść różni ich za to inteligencja.

Urban jest kontrowersyjny. Wanda Wasilewska może już dzisiaj nikogo nie obchodzić, Urban obchodzi, wzbudza emocje – sam o nie przez lata zabiegał, widać tak skutecznie, że przeistoczył się w symbol. Legenda miejska głosi, że na Golgocie w Licheniu jego nazwisko umieszczono obok Stalina i Hitlera. Jest złem wcielonym, jest Goebbelsem, jest Larrym Flyntem, jest – moja osobista wizja – krzyżówką Makiawela z markizem de Sade. Zresztą tak bardzo związany jest z moim dzieciństwem w latach osiemdziesiątych, że potrafię odtworzyć w głowie jego głos (musiał zapisać się podczas którejś z konferencji prasowych w czarno-bialym telewizorze).

Gdyby Urban nosił turban, to by ze świni był Chomeini. Rola Urbana, jak to z postaciami symbolicznymi bywa, wydaje się przeceniana. Wpływa na to postrzeganie go jako postaci diabolicznej. W ten sposób Urban był przedstawiany zarówno w latach osiemdziesiątych, jak i później, gdy redagował „Nie”. Z wyglądu przypominający maszkarę, wypowiadający bez skrupułów kłamstwa, śmiało antyreligijny – w świecie przenikniętym ludowymi wyobrażeniami zaświatów – jawi się jako kuzyn Wolanda. Wyobrażenie Urbana jako diabła – to być może temat badawczy dla śmiało rozwijającej się w Polsce teologii.

Karaś i Sterlingow piszą biografię Urbana bez uprzedzeń i mitów. Zresztą swoją klasę udowodnili już biografią Walentynowicz (po części to z powodu tamtej lektury, a nie tego bohatera, postanowiłem czytać „Urbana”). Przywracają przy tym swojemu bohaterowi właściwe proporcje. Zaskakuje więc jego, w gruncie rzeczy, zwyczajność. Ba, cynizm i hedonizm Urbana, oglądany z perspektywy ostatnich lat, wydaje się staromodny i elegancki. Bohater Karaś i Sterlingowa nie udaje moralizatora.

Zanim Urban stanie się szatanem, są lata sześćdziesiąte. Ostatnio, po czterdziestce, pociąga mnie czas młodości moich dziadków. Grzebię więc w starych „Sztandarach Ludu”. W wielu wspomnieniach, mimo że szara i przygnębiająca, Gomułkowszczyzna jawi się jako epoka intensywnych kontaktów towarzyskich. Tak jest i w biografii Urbana. Nazwiska jego znajomych z tamtych czasów wypełnią kolejne dziesięciolecia. Polityka zerwie przyjaźnie, a czasem zmieni je w nienawiści.

Chodzą za mną słowa, które Grzegorz Piątek zapisał w biografii Pniewskiego, odnośnie stosunku PRL do przedwojnia: Polska Ludowa była już pełnoletnia (…) nie odróżniała Dziuby od Buby, a Buby od Hipy. Nie miała pojęcia, kto to platerki i weleci, co to Chyliczki i Herse (s. 441).

Trochę podobnie jest z naszym stosunkiem do PRL. Przestały być dla nas jasne koneksje pomiędzy bohaterami wywodzącymi się z tamtej epoki: nie odróżniamy STSu od „Pod Egidą”. Umierają ostatni, którzy pamiętają znaczenia. Wśród nich Urban. Kolejnym pokoleniom pozostanie podręcznik.

Zamazane w pamięci wydają się też lata dziewięćdziesiąte. „Nie” pojawia się w pakietach prasy od dziadków, które przychodzą do nas, gdy mieszkamy w Jugosławii, która za chwilę stanie się byłą. Mama przez lata będzie wyciągała je spomiędzy „Polityk” i „Przeglądów”, i wrzucała od razu do śmietnika. Ale i tak nad kawą rozmowy będą toczyły się wokół tego, co napisał Urban.

Długo potem zapiszę w czasie wojny: dziwne czasy. tygodnik „nie” bardziej rozumny okazuje się być od papieża.

Dodaj komentarz