dziennik 48/23

Relikwiarz św. Justyna, chłopca, w muzeum katedry w Vence

Leżący

1.

Czarny pies przychodził nad ranem na osiedle: to dusza zmarłego – jak uczył doktor Baraniuk. Spieszyłem się na autobus o świcie, żeby zdążyć. Płonęły po drodze: Jastków, Garbów, Kurów.

2.

Każdy z mijanych cmentarzy posiadał własną geografię zaświatów. Niby chodziło się prosto, w lewo, w prawo, odliczało dokąd skręcić od studni, od małej dziewczynki albo żeliwnego krzyża, ale mapa wychodziła daleko poza nekropolię.

Tutaj leży Sewerynowa – prowadziła mama – u której nocowałam pod ciepłą pierzyną, jak byłam mała (na cmentarzu w P., przed bramką do kościoła w lewo, iść długo, w drugim rzędzie po lewej). Tu – dochodziliśmy do najstraszliwszej kwaterki dziecięcych mogiłek – leży dziecko K., tych co mieszkali pod nami (ale ze czterdzieści lat temu wynieśli się do Lublina), roku nie miało – wskazywała na cmentarzu w R. babcia (z alejki od studni w kierunku bramy z lampami, tej na łąki, w okolicy kasztanów w prawo).

3.

Północny (raz jeszcze). Trzymam groby w notesiku na telefonie (część, kwatera, rząd, miejsce). Opowiadam Dziecku (a jest to ta sama opowieść, tylko inne miejsce): tu leży mój kolega, zawsze miał najlepsze pomysły, żeby nas rozbawić, tu – mój pierwszy szef – wspaniały gość – przyjechał nawet na nasz ślub; tu – dyrektor z …, bardzo dobry człowiek (ładny – stwierdza Dziecko, wpatrując się w porcelankę).

4.

Opowieść to to, co ochrania zmarłego. Żeby przebyć Styks, wcale nie trzeba płacić przewoźnikowi obola: należy go zagadać.

5.

Cały dzień mam wyrzuty sumienia. Wieczorem, na jakimś rondzie, wyprzedzamy ciężarówkę. Z jej okienek wystają dziesiątki świńskich uszu i smutnych ryjów.

– Dokąd one jadą? – pyta Dziecko.

Dodaj komentarz