
Na odejście września
Co rano napycham kasztanami całe kieszenie. Wrzesień wyjątkowo obfity w ciepłe dni. Złota długa jesień, zwiastun katastrofy: czerwone kreseczki na obrazku.
Dziecko się zakochało, ale o tym nie wie. Obsiadują parkowe drzewa. Chowają się w żywopłotach. Radośni, nie wiedząc, że oznacza to tylko ból żołądka i długie pożegnania.
Nowe książki ustawiam na dywanie jak domino. Powinienem odejść z urzędu i zająć się czytaniem. Byłbym szczęśliwszy, ale zapewne tylko ciut, tylko odrobinę.
Mama chce wyprzedać książki – łotsapem alarmuje Tata. Po latach okazują się tylko zszywanym papierem. Popycham pierwszą i, jedna za drugą, walą się na dywan. (Muszę napisać coś o tamtym regale).
