
Les Halles
Wrześniowy poranek z gatunku tych szczęśliwych. Rzut oka wskazywał doskonałość stylu: w kraciastym kostiumie, z bercikiem, córeczka tatusia za rączkę szła pośród straganów.
Wózek terkotał, gość, który go ciągnął spocony, zawiany. Na blasze błyszczała gładka naga skóra, świnia, co nigdy nie zobaczy nieba, z rzeźniczego haka na stragan – Wieprzowina: świeże.
Na rogu koło papryk, dyń i kurek, dziesięcioletnie oniemienie patrzy na różowawe ciało. W jej wzroku jest wszystko: przerażenie, smutek, wściekłość, że
wciąż się karmimy cudzą śmiercią. Nie chce szyneczki na kolację, tato.
