dziennik 24/23

Warszawa, 15 czerwca 2023 r.

Wianuszki (według starego kalendarza)

Na początku była M. Czekała przy fontannie, długo czekała, bo ja akurat byłem na arcyważnym mitingu, jednym z wielu mitingów tego tygodnia, rad, posiedzeń i temu podobnych, na których oczekiwano mojej obecności i mojego milczenia.

A potem pojawili się oni, szli całą szerokością Krakowskiego w obłokach kadzidła. Wyglądali jak wyjęci z obrazu, któregoś z modnych pod koniec XIX wieku malarzy historyzmu. Nie wiem co mnie napadło, żeby w takiej chwili wsiąść w sto szesnaście, skoro Krakowskie było zatłoczone: w każdym razie tkwiłem, nie mogąc się wydostać w korku, a kolejny miting zbliżał się nieuchronnie.

Zanotowałem na nim tylko jedno zdanie: wilczęta, czyli dzieci żołnierzy wyklętych i od razu pomyślałem o tym jednym lokalnym herosie, co według legendy, takie wilczę miał w każdej wsi, bo miłość to było jego jedyne, poza wojaczką, hobby.

Kiedy wyszedłem z gmachu, ci w czerwonych płaszczach już byli pod nim. Dużo starszych osób, ale też małe dzieci i całe rodziny do złudzenia przypominające mennonitów albo amiszów. Ksiądz w birecie mówił do tłumu: jest u nas mała dziewczynka – czy to któraś z tych tutaj? – która rozmawia z Matką Boską i Archaniołem Michałem. I Matka Boska jest bardzo zła, tupie na nas nogą. Apokalipsa miała zdarzyć się już we wrześniu.

Ominąłem ich i wstąpiłem do kawiarni w podziemiu. Nigdy tu przedtem nie byłem, choć bywali tu wszyscy, na czele z Jarosławem. Opowiadała o niej Ma. i właściwie z tego powodu zapragnąłem znaleźć się tutaj. Brzmiał nieznany mi wcześniej Marek Grechuta do słów Ewy Lipskiej:

Był już koniec świata. Ale nie ma pewności że to naszego świata.

Kiedy wyszedłem, rozbierali się z czerwonych płaszczy. Popołudnie robiło się ciepłe. Do dziewiątki wsiadła Matka Boska a jej opiekunka opatuliła ją płaszczem.

Dodaj komentarz