dziennik 23/23

Pitseolak Niviaqsi, Sedna trzymająca warkocz, ok. 2005 (źródło: Inuit Art Enthusiasts)

Mapa pogody. Rozpadało się bez powodu. Mimo ekstremalnej suszy.

Boże Ciało. Zięby na placu zabaw zabawiały nas nad leżakami. Procesje sypały kwiatki, gdzieś daleko od nas. Jak bardzo się oddaliliśmy od własnego dzieciństwa. Od czwartkowego zapachu zmiętych kolanami płatków piwonii na osiedlu Paderewskiego w pełnym słońcu.

Sola scriptura. Mam wrażenie, że nie mam nic do powiedzenia i że wszystko, co robię jest kompletnie nieważne.

W tym jedynym momencie zapisywania tylko ten tekst ma sens.

Głos. Dziecko chciałoby zostać sopranem koloraturowym z powodu Mozarta. Na placu zabaw znajduje się tam, gdzie brzmi coś na kształt arii Królowej Nocy.

Akacja, jaśmin. Płatki pseudośniegu z pseudoakacji rozgarniam czubkami butów. Zaraz, i to przekwitło. Zaraz, i pojawił się jaśmin, akurat wróciłem znad morza.

Był kiedyś najbardziej oczekiwany. Wyszarpywaliśmy go całymi kępami z krzaku, który rósł przed orzechowym domem I. i H., ustawialiśmy go w wysokich brązowych wazonach. Zwykle wtedy zaczynało się Opole i wieczorami pachniał nam do telewizora. Jedna babcia bała się jaśminu, twierdziła że można umrzeć od jego zapachu i kazała go wynosić na noc, na balkon.

Ostatnie dni wiosny. Nadciągało lato, a ja żeby się ochłodzić, zapisałem siebie do grupy entuzjastów sztuki inuickiej.

Dodaj komentarz