
Benjamin Labatut, Straszliwa zieleń, tłum. Tomasz Pindel, Czarne 2023:
Kto by się spodziewał, że przysłuchując się nerwowej kłótni na temat tego, czy władza może zabierać fundusze naukowcom, których ustalenia jej się nie podobają (por. Instytut Filozofii i Socjologii PAN), pomyślę o Heisenbergu i Schroedingerze.
Labatut w swojej powieści opowiada o fizykach, którzy popadają w obłęd z powodu struktury atomu, matematykach przerażonych dowodami twierdzeń, o odkrywcy cyklonu B i nawozów sztucznych (w opowiadaniu „Błękit pruski” fakty fantastycznie łączą się ze sobą, jakby wypróbowując naszą tolerancję na prawdopodobieństwo).
W „Straszliwej zieleni” ludzki umysł jawi się jako numinosum (och, jak nadużywam Rudolfa Otto do swoich niecnych celów). Jest nieokiełznaną potęgą zdolną niszczyć światy (anioł śmierci Oppenheima to jedno z jego wcieleń). Tym, którzy doznali oświecenia, trudno jest zawrócić.
Bałem się wyobrażać niewyobrażalne: dziwne i powabne kwarki, gwiazdy z Ultragłębokiego Pola Hubble’a, potęgi o wielocyfrowych wykładnikach. Strach mój okazał się uzasadniony.
Zastanawiałem się, co sprawia, że proza Chilijczyka jest aż tak europejska. Pomyślałem o miejscu, które jest emblematyczne dla pierwszej połowy XX wieku, a które pojawia się w „Straszliwej zieleni”: ponury gmach sanatorium przeciwgruźliczego. Trzy lata przed piątym kongresem Solvaya ukazuje się „Czarodziejska góra”.
