
Oglądamy „Emmę i Kacpra” w kinie. Zapisuję dialog tytułowych bohaterów:
– Moi rodzice się wcale nie kłócą.
– Jak to?
– Tata nie żyje.
Okropny tydzień: umieranie ludzi, umieranie kotów, kłótnie, ulubiony ksiądz ukarany, warcholstwo posłów partii rządzącej w Strasburgu, krzycząca i wzywająca pomocy aktywu robotniczego kukiełka (1), ciśnienie atmosferyczne wysokie, pozbawione większego sensu mejle. Tak się zaczyna trzecia dekada wieku.
Do mojej porannej kawiarni przyszedł rewizor. Za dużo mleka zużywacie – warknął na początku – byliście już na szkoleniu ze spieniania? Byli. Jak się nazywacie? – zanotował imiona.
Dziecko robi awanturę na wieczornej mszy. Wychodzę z kościoła. Zimno i Orion nad nami. Ta gwiazda, o tam – pokazuję – niedługo wybuchnie. Kiedyś tak mi się spodobała jej nazwa, że napisałem wiersz: na dalekiej Betelguese musi istnieć życie (2). Wtedy nie wiedziałem, że jest czerwonym nadolbrzymem i nic tam nie istnieje, tylko hel i wodór.
Przez większą część mojego życia moim znajomym wydawało się, że jestem mądry. Przyznaję ze wstydem, że sam uległem temu złudzeniu.
Niebo. Nie było nieba.
Przypisy:
(1) Kiedy na miejsce przychodzą historycy, zaczynamy o nasze nieszczęścia obwiniać innych: caryca Katarzyna miała ostre zęby, proszę pana a naszą głupotę uwznioślamy i stawiamy jej pomniki. Oglądamy właśnie na żywo studium upadku średniej wielkości europejskiego państwa, które od kilku lat staje się takim zabawnym kuriozum na pograniczu literatury i rzeczywistości, czyli nigdzie. Wszystko byłoby śmiesznie, gdybyśmy nie siedzieli w nim w środku, nie mogąc nic zrobić.
(2) Skłonność do przesady, do obco brzmiących nazw, nieznośny patos. Cały ja. (Por. tytuł tego zapisu).
