Dziennik. Porywacze

Czy on nas czasem nie porywa? Podnoszę głowę znad „Listów”, akurat dziś trzydzieści pięć lat od śmierci jednego z dwojga głównych bohaterów, rzeczywiście skręca nie tu. Czyżby ten starszy mężczyzna za kierownicą był szaleńcem albo islamskim terrorystą? Ojej, ojej. Pędzimy teraz z osiemdziesiąt tym sto osiemdziesiąt i choć automat woła Duchnicka albo Elbląska, to za oknem lasek Na Kole. Podnoszą się teraz zaniepokojone kobiety, które nie mogły wysiąść przy zusie. Czy wysiądą na Niskiej do szkoły i na Anielewicza, czy przystanie? A on tak coraz bardziej rozpędzony, w Górczewską naraz. Wyrwanie z rytmu codziennej podróży, coś o czym ciągle marzyłeś, że nie dojedziesz do swojego urzędu i cię uniesie czarodziejski dywan, mercedes, solaris, w kierunku nieznanych lądów (dajmy na to: do Woli). Ale on już aż furczy za murem cmentarnym. I zaraz, jesteśmy u siebie, wracamy do książek i audycji radiowych, można odetchnąć z ulgą, dziś dojedziemy, IV Brama. Ósma trzydzieści sześć. Przepraszam – wychyla się kierowca. Koniec przygody na dzisiaj (02.03.2015, dzień pierwszej wiosennej burzy: pogoda jest ważna, jak twierdziła Hania z listów).

Dodaj komentarz