Opowiem Wam coś z życia. Nie będę dłużej się ukrywał i wyjdę z urzędu, dobrze, dobrze, na dziesięć minut, żeby kupić kawę, napić się na dworze, poczekać, aż mnie napotka – sama z siebie – jakaś ciekawa historia do zapisania:
Pierwszą osobą, którą napotykam, jest mężczyzna przebiegający przez jezdnię ze smyczkiem w ręku. Jedyny kłopot z tą historią jest taki, że przebiega zbyt szybko, wsiada do autobusu i nigdy się nie dowiem, chyba żebym zmyślał, o co w niej mogłoby chodzić. Niemniej podejrzewam, że jest zbyt banalna, żeby się na niej skupiać (sklep muzyczny, spóźnienie, próba w filharmonii).
Wchodzę do kawiarni. Pani z wnuczką wybierają ciasta, tak bardzo, że wnuczka sięga paluchami do bitej śmietany na marchewkowym spodzie i ledwo, ledwo a zacznie wydłubywać migdały z marcepanowego. Tak podglądam i nic nie mówię, a przede mną nagle pojawia się niewypowiedziana (nawet bez to, co zwykle) kawa. Taka telepatyczna ta kawiarnia.
Jakaś para całuje się pod kinem (dzisiaj taki poniedziałek, że wszyscy jesteśmy kinomanami), ale uwaga, uwaga krzyczy męski głos. Więc para się rozgląda, ja się rozglądam i profilaktycznie odsuwam, żeby mi jeszcze jakaś dachówka nie wpadła do telepatycznej kawy. To staruszek o wrednym grymasie, ze złośliwą satysfakcją i stetryczałym oburzeniem, rozdzielić chce rowerem całujących.
To może już – myślę – wystarczy, powrócę? Lepiej się ze swą banalnością ukryć wewnątrz Lewiatana (23.02.2015).
