
Film a może eksperyment? Kiedy parę lat temu była nasza klasa w chwilowej modzie, to każdy chciał się spotykać. W okolicach Bożego Narodzenia albo Wielkanocy albo pierwszego listopada restauracje zamieniały się w miejsca wspomnień, opowieści o pracy, małżonkach, dzieciach albo emigracji. Nagle się okazywało, że siedzisz w tej restauracji i, i z prawej, i z lewej, masz osoby, z którymi nigdy nie rozmawiałeś w klasie (albo to też autentyczne: nie wiedziałeś, że w tej klasie w ogóle były). Tym się udało, choć uważałaś, że to niemożliwe, tym się nie udało. Smutna sprawa takie spotkanie, tak sobie myślę (ale ja nie lubię ludzi, może inaczej: lubię mało ludzi, mało a mocno).
Annie Odell się udało (tutaj wywiad z Wenecji), choć uważano, że to niemożliwe. Na wszelki wypadek jej nawet nie zaproszono na zjazd rocznicowy. To ona teraz pyta dlaczego. Ten film ogląda się jak dobry thriller (może powinienem napisać: ja oglądam?), nie wiedząc nawet, że obie jego części to inscenizacja a nie dokument. Jestem przekonany, że na kolejne spotkanie za parę lat też jej nie zaproszą.
O czystym sumieniu, o tym, jak wybiórcza jest nasza pamięć, o dobrym o sobie mniemaniu, o tym, że nie chciałbym znowu być w szkole podstawowej – tak sobie wypisuję, o czym był ten film.
I jeszcze to (Laurie Anderson, „Let X=X”), i widok nad dachami.
Słowa klucze: bieganie po Sztokholmie, kanapki, Aragorn
(3,0/4,5/S.: 4,0)
