Dziennik-sernik (3)

Ostatni raz, obiecuję, będzie o serniku. Ale wybiegliśmy aż z kościoła, żeby zająć miejsce, obok, przysiąść i napić się kawy. A oni tam już wszyscy siedzieli i jedli śniadanie, o pierwszej! Jeszcze przed godziną dziwiliśmy się, że puste ulice a oni w tym czasie szykowali się, żeby na miasto, na śniadanie, wtedy kiedy my w kościele, słuchając ironicznego Boga, który ulitował się nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej. Więc, co było robić, kupiliśmy sernik na wynos, dwa kawałki, złotówkę taniej niż na miejscu, ale palce marzły. Samochód zostawiliśmy przy Ogrodzie Krasińskich, kawałek, i szliśmy, ślisko, padał lepki śnieg i marzły place. Czemu nie wziąłeś rękawiczek?

Potem na podziemnym parkingu, głęboko, sernik w bagażniku, poszliśmy do Centrum. W odróżnieniu od ulic, kościołów, śniegu, nawet kawiarni, w Centrum tłum i palce nie marzną a w samym centrum Centrum, w samym środku, jądrze, rdzeniu, nazwij jak chcesz, są toalety. I to jest takie elegancja-Francja i ten tłum tam czeka, kolorowy, z torbami, dziećmi, wózkami, chodźmy już, bo chciałbym napić się kawy i sernika zjeść a teraz nie pójdę w Centrum, bo on czeka w bagażniku przecież.

Dwa kawałki rozdzielili na wcześniej i później. Wcześniej do obiadu, później po kinie. W środku były maliny, ale upierałem się, że też aronia. Puszysty był, mięciusieńki, lepszy niż tydzień temu, we wpisie numer jeden. Odkręć ogrzewanie, bo palce mi marzną w mieszkaniu (25.01.2015).

 

Dodaj komentarz