Dziennik. Urzędnik, który tyka

Opisywanie urzędu chodzi za mną od dłuższego czasu, właściwie to od czasów przedziwnej szkoły, którą nazywałem klasztorem, a która miała kształcić wyjątkowe egzemplarze urzędników. Chodzi za mną ta potrzeba, bo to jest wielka, niewykorzystana literatura, nie wiem: faktu czy niefaktu. Właściwie lepiej, żeby to była fikcja.

Lepiej, żeby to była fikcja, tak sobie myślę od pewnego czasu, gdy niewidzialna dłoń nie pozwala mi wstać, a później zatrzymuje mnie, gdy idę od autobusu na znajome poddasze. Urzędnik, który czyta a czytanie jest groźne dla urzędnika, zwłaszcza w urzędzie, do którego rozmaici pisarze nadsyłają swoje dziełka z nadzieją (o, święta naiwności!), że ktoś je tutaj przeczyta, podczas gdy one czasem jeszcze nierozpakowane ze świeżej folijki oczekują przemeblowań i zmian na stanowiskach. Kurzem się pokrywają, te niezafoliowane, ma się rozumieć.

Ale dzisiaj było inaczej. Mail, który dane było przeczytać nielicznym sekretarkom i portierom brzmiał: Wszyscy zginiecie! Był to któryś z kolei mail w tej sprawie, a ponieważ poprzednie, po użyciu psa tropiącego, nie zakończyły się wykryciem bomby, tym razem nikt nie myślał zwalniać z pracy urzędników, licząc, że o godzinie 0, to jest w południe, nie wszyscy wylecą naraz w powietrze. Co bardziej zapobiegliwi, ci, którzy jakimś sposobem dowiedzieli się o mailu i o tym, że wszyscy zginą, przed południem ruszyli na przedpołudniowe przechadzki, chociaż pogoda (wiatr z deszczem) nie zachęcała. Autor bloga jeszcze o jedenastej dał się poczęstować tortem czekoladowym, uznając, że ostatni posiłek przed wielkim bum to musi być – nawet w przypadku urzędnika – coś ekstra.

Wracali tak kwadrans po dwunastej. Urząd stał tak jak powinien. Dumnie, bo urzędy – jeśli mówią o nich ci, co na górze – zawsze są dumne, choć zapewne większość obywateli wolałaby zamienić w tym słowie literkę „n” na literkę „r”. Urzędnicy, ci, co na dole, nie mogą się w tej kwestii wypowiadać (12.01.2015).

Dodaj komentarz