Dziennik. A2

Przyjechaliśmy późno, autostradą, wzdłuż muru cmentarza. Parkowaliśmy w żółtych liściach i naszym odbiciu w kałużach. Wieźliśmy ze sobą melisę, bazylię i czekoladową miętę, cały bagażnik.

Chciałem się zobaczyć, ale budynki rozbiegały się tak szybko, że trzeba było już iść, zdążyć na obiad. Jedliśmy buraczki w karczmie na głównej ulicy z widokiem na znak zakazu ruchu pieszych i pozostaliśmy bez ruchu.

Tak szybko nam uciekał krajobraz i zachodziło słońce aż trzeba było wsiadać i w drogę, gdzie ukazywało się za wzniesieniami żółte m, i ciepła kawa, melodie w ubikacji.

 

Dodaj komentarz