
Smak z pięciu smaków, niedziela rano. Jeśli „Biedronka” w dawnym kinie „Femina” zacznie wyświetlać filmy, to na inaugurację powinna zorganizować uroczysty pokaz „Beznadziejnych”. Bo to akurat, dziejąca się w supermarkecie na zadupiu, czarna komedia absurdu o koreańskim kapitalizmie, w niektórych elementach łudząco podobnym do polskiego. Właściciel, pan Chun mógłby się przecież zapisać do klubu doktora Goliszewskiego.
Zapewne gdybyśmy byli Koreańczykami, moglibyśmy między wierszami odczytać więcej (w ten sam sposób, w jaki Polacy umieją rozczytać sztuki Mrożka). Ten supermarket na zadupiu to przecież metafora Korei. Czegóż tam nie ma? Wyimaginowane lęki przed szpiegami z północy, wolny rynek wyznań religijnych, problemy osób LGBT, ba pojawia się tam nawet fragment żywcem wyjęty z baśni albo mangi. Chcieliście Korei, no to ją macie. Skumbrie w tomacie.
Wszystko niby okej, ale jednak nieco nudzi. Bez szkody parę scen można byłoby skrócić. Muzyka patetyczna ma podkreślać absurd, ale czasem się zastanawiam, czy aby nie na serio. No i jeszcze wykryliśmy błąd w jednej ze scen (powinna dziać się rano, a nie wieczorem). Kino do oglądania, ale nie do zachwytów.
(Dopisane: czemu akurat na „Beznadziejnych” wybrał się ten młodzieniaszek z gabinetu politycznego? Bo że mnie zachęcił tytuł, to nie trzeba przekonywać.)
Słowa klucze: telefon (od pana Chun), prezerwatywy bananowe, kobiety z Afganistanu, pudełko z zieloną taśmą
(2,5/2,5)
