Trzech buddyjskich mnichów wędrowało gęsiego. Każdy z nich obuty był w trampki a dwóch miało na głowach turystyczne kapelusiki. Stąpali ostrożnie, żeby nie rozdeptać ani jednej mrówki.
Po lewej mieli rozpędzoną przepaść asfaltu. Po prawej szklane góry z napisami International lub Ernst&Young lub Skanska. Trzech buddyjskich mnichów wędrowało krawężnikiem Jana Pawła.
A kiedy pierwszy z nich mówił coś w niezrozumiałym języku (a wpatrywałem się w niego pędząc po rozpędzonym asfalcie jak przystało w Wa.), to ten ostatni w niezrozumiałym języku słyszał nic. I tylko ten pośrodku, podnosząc uważnie stopy, w mig chwytał odrobinę, która się mieści między cością a nicością.
