Dziennik (11/05/14)

Wieczory robiły się cieplejsze i intensywniej pachniało łąką, między pelargoniami można było już znaleźć chrabąszcze. Gdy wracaliśmy w soboty do Lu. „ze wsi” (a to już oddzielna opowieść), kobiety w Palikijach i Kozubszczyźnie stroiły kapliczki na majowe. Znak, że nadchodził ten jedyny w całym roku wieczór.

Zresztą nie chodziło w nim o piosenki, najważniejsze ciągnęło się późno w noc. Głosowanie, to o nim myślałem, gdy w programie telewizyjnym pojawiała się Eurowizja. Miniaturowe flagi i uroczyste formułki: Belgium, two points, Belgique, deux points. Elegancko wystrojeni państwo w studiach telewizyjnych całego kontynentu. Zwykle nie wiedziałem nad czym głosują, część muzyczna programu, ciągnąca się gdzieś od dwudziestej, interesowała mnie dużo mniej niż przyglądanie się pociągom do Wa. pod lasem na horyzoncie i oknom sąsiadów. Wyścig flag to liczyło się naprawdę. Austria, six points, Autriche, six points.

Kiedy pewnego maja konkurs Eurowizji wygrała Dana International wyraziłem w swoim dzienniku – jako znawca i koneser eurowizyjnych głosowań – głębokie oburzenie. A potem przestałem oglądać telewizję (oczywiście nie z powodu Dany, ale zmiany miejsca zamieszkania) tak, że Eurowizja zaczęła przynależeć do zestawu moich wspomnień z Lu. Pewnie nawet lepiej, bo konkurs utracił wtedy swoje podstawowe zasady: śpiewania w językach narodowych i profesjonalnego jury w smokingach, wobec czego zamienił się w kolejne telewizyjne show.

W takim telewizyjnym show może zdarzyć się wszystko. Może nawet wygrać kobieta z brodą albo stepujące liliputy. Jako znawca i koneser eurowizyjnych głosowań nie upadam więc na duchu, obejrzawszy wczorajsze głosowanie, choć muszę przyznać, że brak dwujęzycznej formułki Poland, five points, Pologne, cinq points, która, przez całe moje dzieciństwo, w maju była pewnikiem, nieco mnie zabolał.

Dodaj komentarz