„Nowy Jork” Magdaleny Rittenhouse nie jest (ojej, ale zawód!) poetyckim esejem w rodzaju tego, co o Wenecji pisał Brodski, jest za to porządnym, napisanym z dużą erudycją, osobistym przewodnikiem po mieście. Roi się w nim od faktów, imion, dat, choć z grubsza autorka trzyma się miejskiej geografii. Idziesz przez most i czytasz o moście, stajesz przed Chrysler Building i cała jego fantastyczna historia jest w tej książce z pociągającą nowojorską okładką. Wyglądasz przez okno autobusu i zamiast panoramy znad rzeki Hudson, widzisz pąki kasztanowców na Bielanach.
Windy Otisa, maszyny Singera, opowiadam przed snem sobie i A. bajkę o Nowym Jorku, wyczytaną w drodze do pracy. Ciągle się zastanawiam, kiedy się złamię i – nie czekając na zniesienie wiz – będę chciał zobaczyć NY.
–
Na marginesie refleksji o czytaniu: Ci, dla których w ogromnej czytelni nie starczało krzeseł, czytali na stojąco. Dla nowojorczyków biblioteka stanowiła odskocznię od ponurej rzeczywistości [Wielkiej Depresji] (s. 212)
