
(Autor bloga zaczął od marudzenia, że znowu amerykański, a A. zaczęła go strofować.)
Pierwsza myśl jest taka, że bracia Coenowie pragną zdyskontować popularność kotów w internecie. Sceny z rudym kocurem przypominają nieco te filmiki, które oglądamy czasem wieczorami razem z A. i milionem innych użytkowników jutjuba. Niemniej na końcu imię kota wyjaśnia wszystko, układa interpretację filmu jako nowojorskiej odysei.
Jest Nowy Jork i pada śnieg, więc oboje myślimy od razu o Patti Smith i jej autobiograficznej książce. Tutaj rzecz dzieje się o parę lat wcześniej (w 1961 roku), ale okoliczności są podobne: młodzi, biedni jak mysz kościelna, artyści chcą wybić się w wielkim mieście, Wielkim Jabłku. Mają gitarę, kilka dolarów i nie bardzo mają za co spać i jeść.
„Co jest grane, Davis?” jest filmem melancholijnym, ale wyjątkowo przyjemnym. Na niedzielne popołudnie wybór bardzo trafny. Zdjęcia takie uspokajające, Nowy Jork taki pociągający, muzyka niby była ulotna, ale potem cały wieczór jej słuchaliśmy.
No i Carey Mulligan coraz lepsza, a A. podoba się Oscar Isaac. (Dopisane: ciągle przypominam sobie takie małe momenciki, które okazują się być ciekawe. To trio – z Carey – śpiewające „500 miles” jest jak portret Petera, Paula i Mary. I Bob Dylan w ostatniej scenie).
Słowa klucze: moszna kota, laska, schody pożarowe, kanapa
(4,0/4,0)
