(- Repertuary takie ubogie – narzekali przed wejściem, a przecież wczesna wiosna, więc powinny być takie jak lubią).
„Ona” to dla mnie gra skojarzeń. Pierwsze w pierwszej scenie: ten pokój, w którym piszą cudze listy przypomina od razu „Rok 1984”.
Te futurystyczne obrazy: podejrzewam, że to Chiny. Parę napisów po chińsku nawet dostrzegłem, lekki zarys Szanghaju. Niesamowite są siatki ulic i wieżowce obsiewające całą przestrzeń miasta. Pociąg, którym z Suzhou jechaliśmy. (A. dodaje, że ona Chiny rozpoznała po nadreprezentacji Chińczyków jako statystów).
Jeśli oglądać ten film, to jako korepetycje z filozofii. „Ona” to rozprawka z Kartezjusza. Jak bardzo można zredukować osobę, aby pozostała o-sobą? Czy poza ciałem może istnieć świadomość? Czym wtedy ona jest?
Ciało-ść, całość jest przygnębiająca. Samotność lepiej była pokazana we „Wstydzie”. Widok zza okna naturalnie ku temu filmowi kieruje. Obaj bohaterowie podobni, obaj uciekają w mechanikę. Ten ze „Wstydu” w mechaniczny, wypruty z emocji seks, ten tutaj (nie mogłem na niego patrzeć nawet na plakacie) – w sztuczną inteligencję. Seks z systemem operacyjnym to zresztą dewiacja w historii pornografii. Przygnębiający są wszyscy: po ulicach metropolii brną autyści, rozmawiający jedynie ze swymi komputerami. – Wszystko, k…a, jakieś sztuczne! – jak twierdził dawno temu Myśliweczek z kabaretu „Potem”.
Wielką przyjemnością jest za to słuchać przez dwie godziny chropowatego głosu Scarlett Johansson (oczywiście to zdanie zapisuje autor bloga, który w S. J. się lubuje). Głos śpiewający, nienależący do S. J., „The Moon Song” równie wyborny. (Czy to znów nie jest jakieś nawiązanie, tym razem do Audrey i „Moon River”?)
Słowa klucze: Duś mnie zdechłym kotem, słuchawka, skrzynka na listy
(3,0/3,5)
