Siedzieliśmy oddzielnie. Jaka to przyjemność w kinie razem, a oddzielnie. Nawet jeśli chodzi o film, nie o kino. Film zaproponowała A., ale to mi się spodobał. Zaczyna się od monotonnego, żółto-zielonego krajobrazu, pustki pól, dróg rozmytych fatamorganą. Jaki Środkowy Zachód? Wielkie Równiny.
Ten przygnębiający i upalny film ciągle stawia pytania o własne relacje rodzinne. Wywołuje rachunek sumienia: co o sobie wiemy? kim jesteśmy? czy sobie pomagamy? co oznacza dla nas więź? czy to jest miłość? czy jesteśmy szczerzy? Długa lista pytań, na które teraz – po „Sierpniu” – trzeba mądrze odpowiedzieć. Wreszcie: kim jestem w tej rodzinie? Małym Charlesem, Ivy, Barbarą, Karen, Stevem, Billem, Mattie Fae, Violet a może nieszczęsnym Bevem?
Wybieram rolę Indianki (rdzennej Amerykanki) z łopatą, która doskonale gotuje i piecze najlepszą szarlotkę.
Meryl Streep! (Należałoby ten zachwyt nagły wyjaśnić. Posłuchajcie tylko jak soczyście Meryl Streep klnie.)
Słowa klucze: Życie jest bardzo długie (T. S. Eliot), Belize, kredens, „Upiór w operze” z 1928 r.
(3,5/4,5)
