Dz.U. Pictures presents „Matterhorn”

(źródło: ars.pl)

To, że do sali weszliśmy (łącznie z nami) we troje zaniepokoiło A. To nie jest fabuła, która porywa. Porządne europejskie kino, ale bez zachwytów, takich jak wywołuje u mnie kino belgijskie. Oczywiście może ktoś uznać, że to kolejny przykład kina LGBT, ale oznaczałoby to tylko, że nie zrozumiał fabuły. Bo to film o fanatyzmie, religii, która stała się rytuałem, potrzebie oczyszczenia, o samotności. Przewodnikiem będzie Wiesław Dymny.

Na naszej wyspie żyjemy wszyscy śliczni i czyści

Nie wiem kim są: kalwinistami czy mennonitami. Niemniej osoba, która określiła „Matterhorn” jako komedię z pewnością myślała o tych scenach, gdy pedantyczni protestanci siadają do posiłku, gdy równiutko maszerują na nabożeństwo. Jest to tak mylące, że nie wiesz na początku, kto jest szalony.

Nagle do wyspy płynie nieczysty chrapie i sapie

Akurat pastor czyta ewangelię o karmieniu głodnych, gdy zjawia się on. Nie wiemy kim jest i jak się nazywa a gdy się dowiemy, będziemy zaskoczeni. Religia mieszkańców nie obejmuje praktycznego miłosierdzia (jest jak nasz polski rzymski katolicyzm), więc on staje się szatanem, a dom Freda, w którym się zatrzymał, Sodomą i Gomorą.

Zła sytuacja! Zła sytuacja!

Po kolei dowiadujemy się wszystkiego. Kim jest Fred, kim jest ów tajemniczy gość. W tle mamy jeszcze dziecięce przyjęcia urodzinowe (A. nachyla się i szepce, że to żenujące). Ale potem jest „This is my life” i wszyscy się wzruszają. Wychodzą więc z kina dosyć zadowoleni i idą na spacer Jana Pawła, mijając żółte tulipany pod Halą Mirowską.

Słowa klucze: Jan Sebastian Bach, żółty autobus, ciasteczka, zegar

(3,0/3,5)

 

(źródło: ars.pl)

Dodaj komentarz