Był to film czysto rozrywkowy, więc z trudem znaleźć w nim coś głębszego. Wbrew temu, co pisała J. (tutaj), kobiety w nim traktowano bądź stereotypowo (blondynka, która doprowadza do wybuchu kuchenki mikrofalowej; pulchna kociara po pięćdziesiątce, której nikt nie lubi), bądź przedmiotowo (Edith, która gra biustem wyłaniającym się zza dekoltu sięgającego pępka). Oszustwo jest w nim widoczne bardziej nawet niż w „Wilku z Wall Street”, a zwycięstwo odnosi ten, kto oszuka przebieglej.
Oboje z A. zgadzamy się w tym, że historia przypomina nieco wyczyny naszego agenta Tomka. Jest to w sumie opowieść o dwóch urzędnikach.
Richie jest ambitnym agentem FBI. Nie chce pozostać zwykłym urzędasem (niedokładny cytat), marzy mu się kariera większa od jego ego. Nie zmienia to faktu, że mieszka z rodzicami, kręci sobie włosy i za grosz nie ma zdrowego rozsądku (tudzież np. szacunku do starszych kolegów). Richie stosuje prowokację, która polega na kontrolowanym wręczaniu łapówek.
Co innego Carmine. Gdy go oglądam, przypomina mi się C.. Carmine jest burmistrzem i członkiem stanowej legislatury New Jersey. Całe swoje życie poświęca innym, zajmuje się kwestiami społecznymi, wspomaga tych, wśród których wyrósł, jest szczery i idealistyczny. Marzy o wielkich kasynach w Atlantic City, tworzących nowe miejsca pracy, tak jak się marzy o szklanych domach.
Reszta jest dyskusją o granicach policyjnej prowokacji, o sensowności działań agenta Tomka, o tym, czy warto dążyć do realizacji idei za wszelką cenę, nawet ulegając pokusie.
Słowa klucze: lakier do paznokci o zapachu kwiatów i śmieci, pralnia, ozdobny nóż (prezent od szejka), kolendra (której zapach lubił burmistrz Carmine)
(3,5/3,0)
