(do s. 497)
Z książkami, które mają osiemset stron jest zawsze kłopot. Przesłaniają rzeczywistość swoimi potężnymi rozmiarami. Tyle książek można przeczytać zamiast. Wkradają się do snów jak do tego, gdy przejeżdżałem cywilów transporterem opancerzonym w Bejrucie. Stają się częścią życia: pewne zdarzenia i miejsca zostają zapamiętane jako zdarzenia i miejsca, w których czytałeś i przeżywałeś tom. Na przykład pociąg z Krakowa, restauracja „Wars”, nocna lampka w oknie, ciemna równina za oknem.
Pisze gęsto, emocjonalnie, z powtórzeniami, jak w jakimś szaleńczym monologu, jakby chciała jak najgłośniej wydrzeć się na świat, że nie ma sprawiedliwych wojen, nie ma wojen uczciwych i kłamią ci, co sądzą inaczej. Prawdziwy jest tylko dramat pojedynczych osób (to zdanie podkreślić!)
Przypomina się film „Liban”. Pomyślałem o tym podobieństwie jak przyśnił mi sie ten transporter opancerzony.
Charakterystyka bohaterów, jaka precyzyjna! Obcokrajowiec i tak nie wychwyci, nawet w dobrym tłumaczeniu, tych przytyków florentyńczyków do neapolitańczyków i mieszkańców Lacjum do tych z Sycylii.
