Może właśnie o to, w moim zachwycie na Pilchem, chodzi? O brak patosu?
(autor bloga tydzień temu)
Czego jak czego, ale patosu Denise Kiernan nie brakuje. Dzięki temu mógłbym w jakimkolwiek fragmencie rozpoznać, że autorka jest Amerykanką. Patetyczne są zarówno opisy działań wojennych, jak i pieczenie ciasteczek. To jakaś amerykańska choroba, skoro ponoć nawet poczciwy „Hobbit” stał się patetyczną trylogią.
Gdyby nie ten patos, to sama w sobie historia jest pasjonująca. W przeciwieństwie do Los Alamos, Oak Ridge niewiele mi mówiło (jest mapa!). Poznawanie jego tajników jest trochę jak z powieści szpiegowskiej, no i sam temat bliski mi rodzinnie: uran, reaktor, Lise Meitner. Dużo fajnych szczególików.
Autorka w założeniu tworzy herstorię, stąd tytuł i skupienie się na kobietach: od wielkich uczonych po sprzątaczki. Sam nie wiem, czy to dobra perspektywa, bo najciekawsze były dla mnie fragmenty dotyczące relacji białych i Afroamerykanów. Mimo wspólnego wojennego wysiłku, segregacja rasowa była traktowana przez obie strony jako coś zupełnie oczywistego, nie wspominając już o eksperymentach na czarnoskórych pacjentach. A kobiety? Ich herstorie kończą się w ostatnim rozdziale szczęśliwie: wychodzą za mąż (uwaga! w tym zdaniu była ironia!)
