Dziennik (26/12/13)

W mym żywocie mam Boga.

Królik, którego potrącił samochód jadący przed nimi, przez chwilę wirował wokół własnej osi na jezdni. Przyhamował lekko, czując jak w bagażniku przesuwają się ciasta i wędliny. Jechali syci, wieczór był wczesny, popołudnie jeszcze.

Szosa była czarna, ciemna. Szosa była sposobem rozstawania się. Bardziej dzieliła niż łączyła oba miasta. Często myślał, że gdyby była lepsza, nowsza, szersza, jego życie mogłoby toczyć się zupełnie inaczej. Dojechać w półtorej godziny, to można w Lu. zjeść kolację, a w Wa. położyć się we własnym łóżku.

Królik był ofiarą tej szosy. Kierowca przed nimi (po rejestracji sądząc z Pragi Południe) nawet go nie zauważył. Zresztą miał inny problem, usiłując utrzymać się w obszarze pomiędzy dwoma liniami równoległymi. Widać pobyt w Lu. wyprowadził go z równowagi.

Dodaj komentarz