Stefan Darda, Dom na Wyrębach, Videograf II 2009

(Dziwicie się, że ja snobujący się na Jarosława w wolnych chwilach czytam takie książki? Odpowiedź jest prosta. Rzecz dzieje się w okolicach Lu., toteż pożyczony Stefan Darda zajmuje u mnie półkę lubliniana, a nie proza.)

„Dom na Wyrębach” nosi podtytuł „powieść grozy”. Zachęca to wprost do jej rozkładu.

Powieść. To, że jest to debiut autora stanowi do pewnego stopnia usprawiedliwienie. Strony „Domu na Wyrębach” wypełnione są wypełniaczem jak bułki z lidla. Do takich fragmentów zaliczyłbym cały wątek ornitologiczny. Strasznie toporny jest też wątek romansowy i motyw akademicki też jakiś taki nienaturalny (ale czy o nienaturalność chodzi w powieści grozy?) Jest też kilka kuriozów: z całą pewnością ksiądz egzorcysta nie jest specjalistą od strzyg i poziom nierealności tej rozmowy z bądź co bądź diecezjalnym urzędnikiem jest wyjątkowo wysoki. Jesień 1995 roku pamiętam jeszcze z Lu. i nie przypominam sobie historycznej wichury, która ponoć wryła się w pamięć wszystkich (musiałbym sprawdzić w dzienniku, ale to chyba jednak hiperbola).

Grozy. Grozę osiąga się na dwa sposoby (tak mi się wydaje, bo doświadczenia mam tylko kinowe). Po pierwsze, przez działanie na psychologię: im dłużej mamy do czynienia z sekretem, z cieniami, szeptami, mgłą, tajemniczymi postaciami za oknem, tym bardziej wzrasta w nas strach. Początek „Domu na Wyrębach” jest właśnie taki (a już ten poniemiecki cmentarzyk gubiący grzybiarzy – wspaniały motyw), ale bardzo szybko autor decyduje się na dosłowność. Po drugie, tej wersji nie lubię, grozę osiąga się przez krwawe łaźnie. Wymaga to jednak – tak sądzę – wiedzy medycznej, czegoś, co uprawdopodobniałoby opisy obrażeń (bo te tutaj rażą swoim nieprofesjonalizmem. Porównać można ze specjalistycznie konsultowaną wiedzą Krajewskiego z dziedziny medycyny sądowej.)

Lu. Niby gdzieś w tle jest moje miasto, ale o ile autor lubi opisy przyrody, o tyle opisywanie miast nie wychodzi mu zupełnie. Nawet nie wiadomo, gdzie mieszka Hubert a jedyny miejski fragment dotyczy przejścia spod Bramy Krakowskiej do „Old Pubu”, którego jakoś nigdy nie lubiłem. Nawet się dowiedzieć nie da (czy autor nie pamięta?), że ten czas to budowa deptaka i na Krakowskim wielkie błota.

Myślałem, że nie będę mógł zasnąć z powodu „Domu na Wyrębach”, ale nie, tylko kaszel mnie męczył, nie zmora.

Dodaj komentarz