Dziennik. Samochodowy

(Wałbrzyska)

Nigdy nie był na targu, na którym kupował teraz imbir. Czysty przypadek, bo A. akurat poszła do przychodni i trafił do środka targowiska, które mijał kiedyś dobre pięć lat. Nigdy nie skręcił, a dzisiaj owszem. Szukał imbiru. Imbir pasuje do potrawki z rzepy. Żarówki dawały mętne światło. Targ zbierał się już. Skakał po tekturach, którymi ktoś ozdobił asfalt. Dziwił się, że takie miejsca istnieją naprawdę.

(Unii)

Wprawdzie nie lubił centrów handlowych, ale dał się skusić, ba sam kusił. Oglądał świeżą architekturę i podobało mu się. Jak zwykle nie wstawili miękkich ławek dla mężczyzn, ale całość robiła dobre wrażenie. I tylko ludzie jacyś inni, nie podobali mu się. Chodzili poważniejszym krokiem, pachnieli zamożnością na odległość. Na świetlnych bombkach wisiały manekiny niby wróżki.

(Mysia)

W luksusowym sklepie częstowali ciasteczkami. Smakowały tak dobrze, tak ekskluzywnie na języku. Bał się potem odezwać, żeby nie uronić okruszka.

(Floriańska)

Zgubiliśmy się na Pradze. Tam taki labirynt znaków zakazu i nakazu, że niepostrzeżenie znaleźliśmy się w zoo. A potem koło cerkwi, a potem na Radzymińskiej, i na Wileńskiej. Dobrze, że samochód ciepły, bo mijaliśmy tory i kamienice, i strzałki prowadziły w tamtą lub w tą, coraz dalej od domu.

(Puławska)

Drugiego dnia też tędy jechał. Znowu powtórzył A., że lubi tędy i że tak wielkomiejsko. Kiedyś jechał tędy z pogrzebu pod Wa. na jakąś stypę w kasynie policyjnym, tak mu się to wtedy wdrukowało, ta wielkomiejskość ulicy Puławskiej. Potem jeździł tędy sto dwadzieścia dwa, ale nie lubił, bo się spóźniał.

(Zamkowy)

Kiedy zostanę wielkim projektantem mody, poznacie mnie po żółtym podkoszulku, nagim torsie i złotych łańcuchach z wisiorkiem M jak McDonald’s. Tak sobie postanowiłem, obserwując kreatorów ukrytych w podziemiach zamkowych.

(Hoovera)

Kiedy jedli łososia, do restauracji weszła Królowa Śniegu. Płaszcz miała foczy, foczą miała czapkę jak z obrazka w jego zbiorze baśni rosyjskich, którego się bał, wysoka była, oczy miała zimne. Przeszła między stolikami a jak przechodziła rozmowy gasły. Miejsca nie było. Pod restauracją czekała już na nią iluminowana kareta.

(Nowogrodzka)

S. odjeżdża. To miejsce na busy do Lu., mimo, że pod hotelem, ma w sobie coś prowincjonalnego. Zawsze patrzę na wiklinowy płot parkingu, na cementowe donice i napis głoszący, że te garnki są najlepsze. S. odjeżdża, zrywa się zima. Teraz do domu jadą po białym. Jak się obudzą będzie już po śniegu.

Dodaj komentarz