(Autor bloga stara się być na czasie, co bez telewizora nie jest łatwe. Ale statystyki, głupcze!)
Biskupi mają rację. Zrozumiałem to, gdy w pewnym artykule przeczytałem, że Maria Curie-Skłodowska dostała dwa Noble dzięki ideologii gender, tak jakby dyskusja o równouprawnieniu kobiet oznaczała to samo, co dyskusja o gender. Nie oznacza. Gender jest pewną koncepcją naukową (z mojej dziedziny, to jest antropologii), która uważa, że płeć jest konstruktem kulturowym. Jest jedną z wielu koncepcji antropologicznych i prowadzone badania mogą stanowić jej potwierdzenie lub falsyfikację.
Ta koncepcja stała się jednak – już nie na poziomie nauki, ale szeroko rozumianej polityki – zalążkiem ideologii, podobnej do nacjonalizmu lub komunizmu (u ich początków też stoją tezy naukowe; dość powiedzieć, że bez antropologii kulturowej i fizycznej nacjonalizm pierwszej połowy XX wieku nie byłby możliwy.) Jak każda ideologia, gender staje się groźna, gdy do głosu dochodzi ideologiczny radykalizm. Jak każda stawia też takie same żądania: zamyka się na dialog z innymi („wychodzę ze studia, bo będzie w nim Małgorzata Terlikowska”), chce narzucić swój sposób patrzenia na rzeczywistość społeczną, uzurpuje sobie prawo do zmian w historii i literaturze (Małgorzata Musierowicz jest be, bo lansuje model tradycyjnej rodziny – to też przeczytałem ostatnio), twierdzi, że jako jedyna jest słuszna i naukowa, a tymczasem odrzuca racjonalizm, operując emocjami. Oczywiście jako ideologia chcąca zapewnić powszechną szczęśliwość nie może być tolerancyjna wobec konkurencji. Nie dba też o swoje długofalowe skutki. Dziewczynki po prostu powinny bawić samochodzikami, a miski, garnki i widelce możemy przetopić na cenną stal. (Jak łatwo wykazać, wszystkie te cechy przejawiają również ideolodzy spod znaku palenia tęczy).
Dotąd biskupi mają rację. Niestety ich biskupie umysły stawiają diagnozę, lecz nie potrafią wyjść poza nią. Przedstawiają więc gender jako rodzaj południcy, którą można zwalczyć odpowiednimi egzorcyzmami oraz zaklinaniem rzeczywistości. Kościelni teolodzy nie umieją prowadzić dyskusji o gender właśnie na poziomie antropologii a jeśli już zaczynają, popadają w niezrozumiałe monologi. Ośmieszając gender poprzez sprowadzanie go do chłopców w sukienkach, powodują, że nikt na serio nie bierze ich wynurzeń.
