Pamiątkowe rupiecie: programy koncertów, widokówki, hotelowe prospekty, zdjęcia, nawet kalendarzyki odnotowujące miasta i nastroje, służą rekonstrukcji historii. (Przywracają też wiarę w to, że należy je zbierać.)
Ta książka powinna być modna. Teraz och i ach na stare ubrania, stare zdjęcia, stare fryzury, stare piosenki. Tutaj to wszystko razem i nie w Nowym Jorku, ale w Szczecinie.
To jest osobista książka Marcina Szczygielskiego, śmiało o tym pisze. Taki album rodzinny, ale też opowieść o peerelu z ludzkiej perspektywy, trochę jak „Marzi”. (Na historię składają się miliony małych historyjek.)
Jak działa ten peerel? Dwie członkinie zespołu, po odejściu z niego, dostają od razu pracę. Jedna w zarządzie szczecińskiego CPN, druga w zarządzie spółdzielni spożywców (s. 297). Wybaczcie, ale pomyślałem o KGHM.
Nigdy ich nie słuchałem. Ale jak zacząłem przedwczoraj to mi się spodobały, bo są takie retro, trochę nawet naiwne z tymi słodkimi tekstami. Urocze – to dobre słowo. (Ale, przyznam, nie jest to muzyka, która budzi zachwyt).
Marcin Szczygielski złapał w tej książce coś ulotnego: ja bym to nazwał sentymentem (ale dzisiaj i w pisaniu, i w nazywaniu nie najlepiej mi idzie.)
(Pytanie, które powinien zadać uważny Czytelnik lub Czytelniczka. Po co w ogóle czytać, skoro nie słuchało się „Filipinek”, nie żyło w tamtych czasach i nie jest się z nimi osobiście związanym? Chyba o ten sentyment chodzi, i o to och i ach nad starymi zdjęciami, o tą ciągłą potrzebę uzasadnienia siebie pamiątkowymi rupieciami.)

1 Comment