Miejsca intymne. Dz.U. Pictures presents „Miejsca intymne”

„Miejsca intymne” przyciągnęły do sali w Kinotece taki tłum widzów, że była kolejka i skakanie po fotelach. Może to dzięki tytułowi? „Miejsca intymne”. Autor bloga też chciałby przyciągnąć tłum czytelników, więc może użyje na zachętę?

Reżyser „Wstydu” tłumaczył, że jego film jest uniwersalny. Według mnie taki nie był, natomiast „Miejsca intymne” z pewnością są. Przy czym, miejsca intymne nie oznaczają – czego zapewne oczekiwała jakaś część widzów – części ciała. Miejsca intymne to te relacje i zachowania, o których nie chce się lub nie da się mówić otwarcie. Miejsca intymne: w ich definicji mieszczą się kompleksy seksualne, fetysze, oziębłość, ale też dramat aborcji (najsmutniejszy wątek filmu). Na początku XXI wieku „Miejsca intymne” mogłyby dziać się zarówno w Moskwie, jak i Wa., czy Nowym Jorku.

Miejsca intymne: ich intymność podkreśla sposób filmowania – subtelność i skromność obrazów, chłód kamery, zimne wnętrza, przypatrywanie się z bliska emocjom, na ekranie – w przeciwieństwie do widowni – nie ma tłumu. „Miejsca intymne” – uprzedzam – nie zawierają pornografii: nagość jest w nich sterylna i mechaniczna, wystudiowana jak w dobrej fotografii.

„Miejsca intymne” mają jasną narrację. Poszczególne wątki fabuły splatają się ze sobą, tworząc – tak jak lubię – spójną, zamkniętą całość (w teorii malarstwa, jak chce Alberti, storia). Domknięcie owej storii w przedostatniej scenie jest zaskakujące. Deus ex machina? Miejsca intymne.

Słowa klucze: wibrator, hula-hop, krematorium

(5,0/4,5)

Dodaj komentarz