To mógłby być polski film. Wiem, nie mamy floty podwodnej (?), nie mieszkamy za kołem podbiegunowym. Ale nie wykorzystać tak wstrząsającego zamysłu dramaturgicznego, to nagminnie zdarzało się w polskim kinie jeszcze parę lat temu (przypominam sobie np. „Matkę Teresę od kotów”) i zdarza się tutaj. Cały dramat rozpada się na fragmenciki. Zamiast tak potrzebnej katharsis, otrzymujemy zorzę polarną.
Plebiscyt na najbardziej antypatyczną bohaterkę roku wygrywa Elena. Postać niezrozumiała i autystyczna w swojej kompletnej obojętności. (Na marginesie zastanawiam się, czy scena tapetowania pokoju służyła tylko temu, by pokazać Elenę w białych majtkach?)
Jest zresztą więcej pytań, ale nie znam Rosji, żeby na nie odpowiedzieć: Czy rzeczywiście tak posunięta jest tam anomia społeczna, że w chwili dramatu, między ofiarami nie rodzi się żadna więź? Jaki jest status materialny wdów po żołnierzach? Na jakich oponach można tak szybko jeździć po oblodzonej drodze?
Słowa klucze: mleko kondensowane, akwarium, różowa róża, renifer, jurta, łosoś
(2,5/2,5)
