Dziennik (06/11/13)

Po książki tym razem na Żerań do labiryntu w fabryce majonezu. Strzałki prowadzą schodami w dół, poprzez kolejne drzwi, gdzieś na betonowe dno (scenografia jak w kryminale). Magazyn jest zasypany woluminami. Papier jest żółty. Trudno rozróżnić: ćmy czy mole.

Tramwaj wraca w dziesięć minut pod zamek. W południe jest pogoda na rozpinanie kurtek.

W kawiarni rozmawiają o Malawi. Na przystanku słyszę toponim „Ceuta”. Mam omamy geograficzne?

Teraz jesteśmy wszyscy na zdjęciu: cała klasa. Kiedyś zawzięcie opisywałem ich w dzienniku, teraz nie czuję nic. Są tak dawni, że nieznajomi. Nawet znajomych ciężko mi dostrzec na fotografii z pierwszej klasy. Chyba wolę ich potem. Jak dorośli i poznikali.

(A to wszystko podszyte niewyjaśnialnym smutkiem, sobotą.)

Dodaj komentarz