Osamotnieni jak mrówki rozłażące się po centrum handlowym. Przymierzalnia pachnie szatnią po wuefie. Tekstylne tortury. – Dokąd biegniecie? – chciał spytać, siedząc pod mapą arkadii. – Dokąd panny złotoszyje? Dokąd to mężczyźni w rozchełstanych kołnierzykach? Wszyscy w malignie. Dokąd?
Już wtedy, gdy czytał „Skowyt” i patrzył na swój pierwszy w życiu supermarket, przeczuwał, że zabierają w nim dusze. Im bardziej biegną bez opamiętania, tym bardziej są martwi. Idealni konsumenci. Dokąd biegniecie? Żadne boże ciało, tylko zapach potu.
Bo poza konsumpcją nie ma zbawienia.
