(Muzyka poważna. Dźwięki narastające)
N a s z p i e r w s z y s e a n s w 3 D.
(Fanfary)
Gdyby nie R., to byśmy nie poszli. A. mi kino znów wypomina. Poszliśmy do Cinema City w najbrzydszej części miasta, tej na literkę B. Cinema City hulało, mrugało i świeciło. Wyglądało kosmicznie i my też kosmicznie w tych okularkach po trzy złote.
Cud? Nie ma czegoś takiego.
Ten „Star Trek” podobał mi się dużo bardziej niż poprzednia, dziewiąta część, na którą ze trzy lata temu zaciągnął mnie i innych kolegów ze starego urzędu R. Może do tej pory bardziej polubiłem bohaterów. Dość powiedzieć, że nie grymasiłem w trakcie.
Kosmos kosmosem, ale zwracam uwagę na dwa wątki. Po pierwsze: „Star Trek” nie jest filmem indywidualistycznym jak choćby wszystkie produkcje o superbohaterach. Nie, najważniejszy morał dotyczy staromodnej idei wspólnotowości: „załoga jest jak rodzina”. Podobnie działania bohaterów filmu mają w sobie coś z etosu trzech muszkieterów. Bardzo familijna, choć przebrana w szaty kosmosu, opowieść o przyjaźni.
Po drugie: wątek polityczny. Wyczuwam zawoalowaną krytykę amerykańskich wojen na różnych kontynentach. Porywcze zapędy Kirka, powodowanego zemstą, mogłyby doprowadzić do totalnej wojny. Czy na planecie Kronos nie zrealizowałby się scenariusz z Afganistanu lub Iraku?
No i tym razem zwróciłem uwagę na muzykę: doskonale patetyczna.
Słowa klucze: San Francisco, probówka z krwią
4,0/4,5 (bonusowo R.: 3,5)
