Dz.U. Pictures presents „Madryt 1987”

(źródło: blogdecine.es)

Przypadek rzadki w filmooglądaniu: zachęcił mnie plakat (ten powyżej). Plakat przypominał zdjęcia Franceski Woodman a to już wystarczający powód, żeby iść. Popołudnie było upalne, w kinie „Luna”

Zdjęcia słusznie były zachęcające, natomiast sama fabuła? Rzadko mi się zdarza, by w trakcie filmu nagle moje oczy zaczęły się zamykać. Tu się zdarzyło.

Niewinna naiwna i zgorzkniały cynik. Sam główny bohater zauważa, że takich fabuł było już sporo. Ona chce zostać dziennikarką, on jest sławnym felietonistą głównego dziennika. Ona myśli, że dziennikarstwo to misja, on wolałby napić się whisky. Ona patrzy w niego jak w obrazek, on patrzy w nią jak w rozkładówkę Playboya. Okazuje się być zwyczajny, obleśny, zupełnie pozbawiony jej ideałów. Po prosto okazuje się być pomyłką tak jak wielu wielkich, którzy okazywali się mali (temat ten jak bumerang wraca do wpisów autora bloga: postać wyobrażona a realna osoba z całym dobrodziejstwem swych zalet i wad). W końcu musi się tego dowiedzieć też idealistyczna główna bohaterka. Zresztą im wcześniej, tym lepiej. (On dopiero w ostatniej scenie zrozumie, co zrobił z jej ideałami).

To zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością następuje w łazience, gdzie oboje siedzą roznegliżowani. Kamera dość dokładnie śledzi Marię Valverde, jej filmowego partnera – satyra zostawiając w spokoju. (Wstyd przyznać, im bardziej rozebrana główna bohaterka, tym bardziej sądzę, że jej nos mi się nie podoba). Całość jest chyba dramatem erotycznym, bo cieleśnie bardzo. Duszno – mówi główny bohater, nie wytrzymując tego napięcia między nią a nim.

Napięcie napięciem a spać się chce – dopowiada autor bloga.

Słowa klucze: niebieska farba, różowy ręcznik, maszyna do pisania, goryl

2,0/2,5

Dodaj komentarz