

Okoliczności: ten film zachwalali wszyscy znajomi, jak nie bezpośrednio, to korespondencyjnie. Popołudnie ciepłe, mieliśmy iść na Seidla, ale ten seans w „Kulturze” wydał się pogodniejszy.
Film: zadziwia nas to, że polski reżyser nakręcił film aż tak śródziemnomorski. Światło w nim fantastyczne i Lizbona przepiękna taka, że wsiadać i jechać tam czym prędzej. Ale bohaterowie nie widzą tej scenerii, którą możesz się zachwycać. O niewidzeniu film.
Po głowie chodzi mi myśl o „Ślepcach” Bruegla. Kamera uważnie podgląda dzieci w sanatorium dla niewidomych umiejscowionym w jednym z lizbońskich klasztorów. Tak samo uważnie podgląda ptaki na oknach, kota przy miseczce mleka i woźnego z papierosem.
Wyobraź sobie, że nie widzisz. Główny bohater chce używać zmysłów i wyobraźni a potem mieszać się z widzącym tłumem. Wolność, którą ryzykujesz życiem, gdy nie dosłyszysz rozpędzonej ciężarówki. Dyrektor sanatorium jest opiekuńczy: wyznacza granice, poza którymi dla niewidomych nie ma wstępu. Będziesz bezpieczny, ale w niewoli.
(Wolę ten film odczytywać jako metaforę, idąc zresztą za Brueglem i innymi.)
Słowa klucze: wróble, napełnianie szklanki woda, portugalskie brandy.
Ocena: 4.0/3,5
