Poezja Iwaszkiewicza nie jest poezją wykwintną. Owszem, gdy wykorzystuje klasyczne formy: ody, sonety i stara się zachowywać klasyczne miary ma coś w sobie jońskiego albo – dajmy na to – doryckiego. Ale zwykle pisze nie cyzelując słów, jest oszczędny. Przyrody w nim dużo. Dopiero po dziennikach i listach można dostrzec jak wielkie w tym namiętności. Jak wiele męskich ciał wspomina, za iloma ukochanymi, platonicznymi lub nie, płacze. Podobne motywy wracają z wiersza na wiersz. Cały zbiór pokazuje, że poezja stała się dla niego inną formą dziennika. (Nawet jego socrealizm jest taki pozorny, tak jakby nie chciał się nim umniejszyć.)
—
Jakiego ememesa, esemesa dostała,
że tak się nagle roześmiała
ta zaczytana biało-głowa
zawsze poważna i surowa?
(zawsze a przynajmniej odkąd jeździ porannym sto osiemdziesiąt, tym samym co autor bloga).
—
Pod kolumną zbiegają się Rosjanie. Tu pięknie, tam pięknie powtarza przewodnik tonem wytartym i przemęczonym. Chwytają aparatami kawałki tego, po czym biegnę. Jestem teraz egzotycznym tubylcem w drodze na przerwę obiadową. Panny rosyjskie, panny hiszpańskie w katedrach, spodniach i na zamkach. Wszystko jak radził tripadvisor.
—
Kałuże rano za szkłem
w akwariach tkwią pety:
znak, że autobus nadjeżdża – przystanek blisko.
—
W przeciwieństwie do niektórych rozmów na koniec wieku, „Letnie rozmyślania” Havla, pisane w roku dziewięćdziesiątym pierwszym ubiegłego wieku zaskakują aktualnością. (Nie ma wprawdzie Czechosłowacji, ale poza tym wszystko takie, jak myślał, że być nie powinno.) Polityka jako praktyczna moralność: ile by człowiek dał, żeby tak postępowali ci mężczyźni w nudnych garniturach o wyglądzie nadgorliwych studentów, którzy spożywają obiady w części VIP stołówki z racji bycia członkami-asystentami-doradcami.
Vaclava Havla wydanego przez Krytykę Polityczną (zwracam honor!) czytałem wprawdzie w samolocie, ale dopiero dziś doszedłem do wniosku, że mogę coś – niezbyt odkrywczego – napisać.
—
Kupiłem seler naciowy,
bo znalazłem przepis na gulasz na długie zimowe wieczory.
