Dziennik (24/03/13)

Moja mama pracowała kiedyś naprzeciwko zakładów mięsnych (były to te same zakłady mięsne, z terenu których nasi żydowscy współmieszkańcy w roku czterdziestym drugim wyruszali w swoją ostatnią podróż). Dzisiaj A. gotowała galaretkę pomarańczową. Ten sam zapach, o którym wtedy tata mówił „klej kościany” a ja miałem ciarki. Cały zestaw skojarzeń nad tężejącą galaretką.

Każdy ma własne magdalenki.

To I. pilnowała terminów urodzin i imienin. Były wynotowane w kalendarzu i na wszelki wypadek, jeszcze raz, koło telefonu. Zawsze więc telefon dzwonił w imieniny i urodziny. Pojawienie się A. w rodzinie oznaczało po prostu dopisanie nowych świąt w kalendarzu. Ale teraz nie było już I. i H. zadzwonił nazajutrz zdenerwowany, że nie pamiętał. Była ósma rano.

Od razu pomyślałem o winie, które dostaliśmy w czasach, kiedy żyli długo i szczęśliwie, więc dziś wieczorem piliśmy to wino – robione przez H. – z przyjaciółmi.

(Powstał refren do trzech wpisów.)

Dodaj komentarz