
Nagle nadeszła Wielkanoc. Zaskoczyła nas w naszych zaspach. Pługosolarki w drodze do Jerozolimy migają pomarańczowym światłem.
Piliśmy wino z przyjaciółmi i pewnie dlatego, gdy w metrze (okolice stacji Ratusz-Arsenał) otworzyłem coraz mniej pachnący papierosami tom Iwaszkiewicza (wszystko, co znajdowało się dawniej w biblioteczce I. i H. pachniało od pięćdziesięciu lat papierosami i ten zapach połączył się w moim mózgu z namiętnością do książek) doznałem zachwytu. Czytałem i powtarzałem Ody olimpijskie: lirykę wielką, lirykę umieszczoną w klasycznej formie, ale buzującą emocjami. Tak jak się powtarza miłosne wyznania. Jak się powtarza ojczenasze i zdrowaśmarie.
Następnego dnia skończyłem kolejny rok życia.
