
(Otwarcie nowego sezonu, więc krótko o zasadach recenzowania: 1. tylko kinowe; 2. zupełnie subiektywne; 3. w skali od jeden do pięć, przy czym pierwsza to ocena A. a druga – autora bloga; 4. słowa klucze pomagają w filmu sobie przypominaniu. Tamten sezon: siedemdziesiąt cztery.)
Zwycięstwo „Tango Libre” w zeszłorocznym festiwalu w Wa., gdzie obejrzeliśmy filmy naprawdę dobre, świadczy o modzie na lekkostrawność, miałkość i hepiendowość w stylu „Nietykalnych”. Nie podobało mi się.
Pierwszy film, który pokazuje szczęśliwą (?) poliamoryczną rodzinę, czyli to, nad czym pieje co jakiś czas radio Tok FM. Po prostu główna bohaterka ma problem z dokonaniem wyboru mężczyzny, co kiedyś byłoby prawdziwą tragedią, a dzisiaj powoduje, że w więzieniu (tam aktualnie przebywają dwaj ukochani) ma podwójne widzenia. Z czasem do ménage à trois dołącza jeszcze zakochany więzienny strażnik. Ot i fabuła.
„Tango Libre” dzieje się w Belgii, dokładniej w Walonii. Że to tam świadczy jedna z pierwszych scen, gdy samochód zatrzymuje się na czerwonym świetle w środku pola. Doskonały symbol kraju, który nie istnieje, a który – choć bardzo go lubię – szczyci się bezmyślnością. O niej świetnie świadczy załoga więzienia, na czele której stoi ciotowaty (długo się zastanawiałem nad możliwością użycia tego słowa, ale innego określenia nie znajduje a sam termin, co wiem z lektur takich jak Witkowski Michał, pejoratywny nie jest) miłośnik kreskówek. I wszyscy z czarno-złoto-czerwoną nicią na naramiennikach.
Coś mi się podobało: sceny we wnętrzach z Alice w ciepłych kolorach (przypominały Nan Goldin) i tapety na ścianach. Dużo kolorowych wzorów tapet (jak na zdjęciu). Natomiast A. kilka razy już powtórzyła, że pięknie tańczyli.
Słowa klucze: stare volvo niebieski metalik; złota rybka, która przeżyła 15 lat, choć mogła 22.
(3,5/2,5)
