Szósty: restauracja wygląda jak podrzędny bar przy drodze wojewódzkiej. Tapeta i nawieszane świąteczne łańcuchy. Mikołaj mruga w rytmie „Last Christmas”. Ale kiedy na stole pojawiają się dwa pomarańczowe garnki: w jednym sos biały, a w drugim – czerwony, lepiej jest niż w mieście na literkę B. O smakowitości! (Autor bloga udaje Macieja Nowaka, nad mulami w „Karuzelu bielańskim”).
Siódmy: A. mówi, że to zderzenie spektakularnych wydarzeń ostatnich dni z biurową rzeczywistością wpędziło autora bloga w głęboką zadumę. Spadł śnieg, dużo śniegu. W autobusie powtarzam koniugację. Mam ochotę na wiersze, nie mam ochoty czytać. (Po prostu brakuje wyjątkowości w tym dniu.)
Ósmy: przebijam się przez roje mikołajów, śnieżynek i aniołów zachwalających podpaski, czekoladki i jogurty zero procent (niepotrzebne skreślić). Komunikat: Maciek, lat 10, czeka na babcię w punkcie obsługi klienta. Ludzie stają się nerwowi. Prawie rękoczyny przy drożdżówkach, krewetki sobie wyrywają, płacz niesie się po dziale zabawek, kolejki do kas wiją się fantazyjnie. Po pół godzinie, komunikat: Maciek, lat 10 itd.
Dziewiąty: pewnego ranka budzisz się i zastanawiasz się, co dalej. Wtedy nastawiasz Brela. Nie znasz innych odpowiedzi.
