
Po opisach spodziewałem, że „Słoń” okaże się filmem podobnym do „Klauna”. Rzecz miała dziać się w cyrku i faktycznie pierwsze sekwencje pokazują kulisy moskiewskiej areny. Jest kolorowo i widowiskowo. Pod tym względem cyrk „Nadzieja” mógłby się wstydzić, niemniej – gdy przyglądasz się bliżej trupie – zachwyt zupełnie przygasa. Nikt nikogo nie potrzebuje. Weteran przedstawień, stary słoń, zamiast do Paryża, razem z cyrkiem i jego treserem, maminsynkiem Saszą, wyjeżdża w ostatnią drogę do kliniki weterynarii.
Od tego momentu porównanie z „Klaunem” traci rację bytu. Zaczyna się fabuła przypominająca Stuhrowe „Duże zwierzę”: słoń okazuje się być – w swoim odrzuceniu i losie – bliski człowiekowi. Nikt nikogo nie potrzebuje. Do Paryża nie pojechała też Boni, najbardziej kolorowa z całej cyrkowej trupy. No i jest jeszcze kierowca, taki jak z „Akacji”. Coś skrywa w sobie pod osłoną antypatycznego charakteru i mizantropii.
„Słoń” jest filmem religijnym. Buddyjskim (posążek Buddy w jednym z autobusów od razu przywołał we mnie tamten nocny autobus do Wutaishan) w zamierzeniu, ale równie dobrze franciszkańskim. O potrzebie przebaczenia, o miłości do stworzenia, o tym, że żadne cierpienie nie jest dobre. Stąd znaki, które wciąż pojawiają się w filmie. Padający w lecie śnieg. Lotosy rozkwitające na wiejskiej drodze (Słoń nazywa się Bodhi, imieniem Buddy).
Zdjęcia są naprawdę przyjemne a już wędrówki słonia po wsiach – naprawdę pięknie sfilmowane. Bezcenna jest mina kota, do którego zbliża się słoniowa trąba i obojętność stada krów, z którym spaceruje Bodhi.
(Można powiedzieć, że ckliwy i banalny, ale w tę paskudną niedzielę tego właśnie chciał autor bloga.)
Słowa klucze: cygańskie wesele, paszporty, portret Mao.
(4,5/5,0)

