Drugi: urna pozwala uniknąć koszmarnych zaduszkowych rozmów. Postaw chryzantemy w nogach. Znicz ustaw przy głowie.
Trzeci: notuję. Kura to stworzenie do zacięcia. Chciwy, bo chce pracować. Na Wyżynie.
Czwarty: dżdży.
Piąty: spóźniam się, a na schodach Holland.
Szósty: grad jak ryż na przystanku Muranowska.
Siódmy: pada deszcz, więc mokną kartki. Nie czytam książki na schodach pod świętą Anną, szybciej jestem w pracy. Klucz muszę z recepcji.
Ósmy: ciemno na Krakowskim. Znów nie czytam książki.
Dziewiąty: zamiana narożnego Kofihewen na Costa wielce frustrująca. Zamiast ciepłego wnętrza – chłód barku w Ikei, zamiast sof i foteli – jakaś industrializacja, nawet widok na Annę stracił ze swego uroku. Czyli jednak koloroterapeuci mają rację? Kawa smakuje gorzej przez brak anturażu.
Dziesiąty: okno w hotelu zajmuje całą ścianę pokoju. Siedem pięter poniżej tramwaje i parasole. Gdy ktoś następuje na lampę w chodniku, jego wielki cień oplata kamienicę. Wpatrywać się w miasto.
Jedenasty: a gdyby w głównej sali ratusza w jakimś polskim mieście umieścić fresk z plażą naturystów?
Dwunasty: Hiszpanie z Wysp Kanaryjskich w samolocie z Oslo do Wa.
Trzynasty: zły.
Czternasty: Józef Czechowicz odjedzie z peronu trzeciego. Lepiej.
Piętnasty: zapomniałem zapisać, że pamiętam Artura Zawiszę z czasów, gdy był młodym gnojkiem i wygłaszał w katolickim radiu pogadanki o tym, że przyjdzie Unia i nas zje, więc teraz nie jestem zbulwersowany. Tak, my z Lu. jesteśmy odmienni.
(znowu w połowie miesiąca, ten rytm wpisów zaczyna męczyć. Znowu porzucam jakby nie było szesnastego i następnych.)
