Paździennik

Dziesiąty: znowu nie otrzymałem telefonu ze Sztokholmu.

Jedenasty: stado saren spogląda na lokomotywę.

Dwunasty: pod Opocznem taka pora – krowy już wracają z pola.

Trzynasty: listopadem pachnie herbata z chryzantem. Kadzidłem pachnie balkon.

Czternasty: czy jeśli życie przecieka ci przez palce, lepiej jest wstać, czy lepiej nie wstawać?

Piętnasty: Moliera. Ojciec w czarnym płaszczu, przygarbiony, w wieku bardzo średnim, w prawym ręku trzyma różowy tornister. Lewą wyciąga do córki, która drepcze parę kroków zanim. Wyglądają jakby pod arkadami wiał silny wiatr, a oni na przekór jemu. Nie rozmawiają. Może to przez wiatr? (chociaż nie ma wiatru). Ojciec podnosi głowę. Napis: szkoła baletowa. Znikają w drzwiach. (Autora bloga pomysł na krótki metraż).

Szesnasty (po południu): padało. Podjechał autobus, więc nie zobaczyłem monegaskiej księżniczki. Koniec bajki.

Szesnasty (wieczorem): Lampy są w szybach zimne ognie. Pani rozmawia z parasolem.

Siedemnasty: akurat musiała zadzwonić, ta z departamentu tego-owego, kiedy już wybiegałem, więc nie zdążyłem. Odegrali hymn raz, dwa. Nie widziałem znowu monegaskiej księżniczki.

Osiemnasty: rano przez okno, jeszcze wiszą flagi. Wyjdą – myślę – później. Kiedy wracałem nie było. Uciekła mi monegaska księżniczka.

Dziewiętnasty: we wronim niebie są orzechy włoskie.

Dwudziesty: druga połowa października a jeszcze nie usłyszałem, że mimozami się zaczyna.

Dwudziesty pierwszy: zniknięcie placu Wilsona.

(Nawet nie zauważyłem dziury w paździenniku).

Dwudziesty szósty: Pl. Wilsona, walc z „Ojca chrzestnego” na akordeonie. Wybaczcie, ale patetycznie się zrobiło.

Dwudziesty siódmy: śnieg. Początkowo bez polotu jak pisanie, wieczorem coraz bliżej święta.

Dodaj komentarz