Na podróż kupiłem „Dziennik Adriana Mole’a, lat 39 i pół”. W pociągu skrywam tytuł, żeby nie pomyśleli, że to jakieś autobiograficzne. Patrzę na krajobraz, czytam parę stron i robi mi się smutno, bardziej niż zwykle. W samo sedno trafił mojego przygnębienia.
Boleśnie uświadamia „Dziennik”, że jest tym gatunkiem literackim, który kiedyś nagle się urywa.
(Mój blog kiedyś też.)
