Wystawa w Kordegardzie składa się, zdaje się, z siedmiu eksponatów. Rysunki proste, tuszem na ołówkowym szkicu, postacie jak z tanich komiksów, do tego – na wyblakłych kartkach – zapiski.
Siedem eksponatów jak siedem ostatnich słów na krzyżu. Stoisz w ciemności, za drzwiami masz obrońców krzyża, biało-czerwone niezwyciężone, panią z różańcem wielkości warkocza z czosnku, turystów fotografujących się z lwem i Chopinem. A tu masz śmierć, śmierć wyekstrahowaną z życia.
Rysujący i rysowani zniknęli chwilę potem jak wykonano rysunki, włożone do baniek po mleku i zakopane w zgliszczach miasta, które nie istnieje.
(Teraz już udowodniłeś sobie, że chodząc po Muranowie brniesz w śmierci. Wcale niełatwo z tą świadomością wyjść z powrotem na Krakowskie.)
