Edward Stachurski w tulipanach

Pewnego lata nad jeziorem Krasne, pewna moja bliska koleżanka, kiedy z jej ówczesnym chłopakiem zachwycałem się wierszami Stachury (a więc musiało to być już w okolicach roku dwutysięcznego), spytała, czy słucham Stachursky’ego. Nie muszę chyba tłumaczyć, że bliskość dość szybko zniknęła z naszych relacji.

Całe szczęście moje relacje z urzędem nie dadzą się określić jako bliskie. Gdyby głupota potrafiła kwitnąć dosłownie, a nie w przenośni, na kwiatowym dywanie przed Pałacem Potockich nowożeńcy robiliby sobie sesje ślubne.

W swój pierwszy urząd jako taką wiarę miałem. Liczne próby przechodziła, ale jednak. Do drugiego urzędu szedłem jako biurowy ateista, nawet nie agnostyk ufający, że to coś ma mózg. Zresztą każdy dzień na strychu moją niewiarę utwierdzał. Dzisiaj wiem, że nie ma. Edward Stachurski o pomstę woła do pustego urzędniczego nieba.

Dodaj komentarz