(rano)
Chłodny poranek, biało-czerwony. Na Krakowskim można się przekonać, że będzie padać i że Polska gola. Nie ma pytań czy wygramy, raczej jak wysoko wygramy. Bo wygrać musimy (każdy ma swoją euforię – ja czytam książki albo idę do kina, inni ufają wygranej.) Kina na szczęście nie zdjęły repertuarów.
Na moim przystanku zaskoczył mnie gość we fladze. Wylazł z krzaków, z sąsiedniego osiedla, tego, gdzie mieszka Ola P.: dres biały, flaga na ramionach, orzeł na karczychu a w ręku – najbardziej pociągający z piłkarskich – gadżet: czapeczka z dzwonkami, ta co nie wiesz, czy Stańczyk czy horda wikingów.
Po raz czwarty albo piąty patrzę na napis „A2 otwarta do Berlina” i wreszcie jestem dumny. Mogą sobie grać, wygrywać albo przegrywać – nie ziębi mnie to ani mnie grzeje, marny ze mnie kibic, ale że kilka ulic i prosto mogę do Berlina, Paryża, ba do Lizbony, to jest coś pięknego.
(popołudnie)
Pilch (przeczytany) ostro potępia niekibicowanie. Na pocieszenie stawia postać prof. Stali, który nawet na mecze – zdaniem Pilcha (jeśli dobrze rozumiem autora, każdy mecz jest o wszystko) – o wszystko, przychodził z książką.
Polskie piwo pije Grek. Jeden właśnie o mały włos nie wpadł pod sto jedenaście.
– Taką maluteczką naklejeczkę, pięć złotych tylko – uśmiecha się dziewczę w barwach przynajmniej do wieczora niezwyciężonych. Naklejeczka w takich samych. Widać moja odpowiedź nie wzbudza entuzjazmu, bo dziewczę już się nie uśmiecha.
Takiej fali patriotyzmu od niemowlaków do starców nie było u nas odkąd spadł samolot. Nie wiem jednak jak zaklasyfikować trupę happenerów spod pałacu stojącą z napisem „POLISH PRESIDENT KILLED IN RUSSIA”. Niby oni na wskroś biało-czerwoni (nawet w krwiobiegu u nich leukocyty na erytrocytach), ale w tym biało-czerwonym tłumie wydają się zszarzali, wyblaknięci, by nie powiedzieć: czarno-biali. Jakby w obliczu tragedii, którą przeżywają od dwóch lat, ten uchachany patriotyzm im się nie udzielał. Wiedzą przecież dobrze, że biało-czerwone to barwy zdradzone, zaprzedane i Bóg wie co jeszcze, a nie niezwyciężone. Mimowolnie, wobec śpiewu tłumów, do ich pesymizmu odczuwam sympatię.
(wieczorem)
Po równowadze okrzyków „O, ku…!” i ryków radości (plus wuwuzele) zrozumiałem, że nie przegraliśmy, ale też nie wygraliśmy. Przegląd prasy pozwala domniemywać, że mamy też nowego bohatera narodowego, tudzież piękne zaczątki mitu.
