Dz.U. Pictures presents „Dyktator”

Gdyby nie istniała poprawność polityczna (chwała Bogu, że istnieje), „Dyktator” byłby zupełnie nieśmiesznym filmem, a tak jest filmem karnawałowym, w tym znaczeniu, w jakim dawny karnawał odwracał role społeczne, ośmieszał tabu, pokazywał świat na opak. Sacha Baron Cohen wyśmiewa wszystko to, czego nie możemy tknąć. Pewne jest więc, że miłośnicy rozmaitych -izmów, święty Sławomir i święta Kazimiera z rogu Nowego Świata i rowu metra, oburzeni z Wall Street i z naszego Starbucksa czy też dziennikarze hiperpoprawnych dzienników na film się obrażą, uznając, że to już przesada, że – z czego jak z czego – ale z dyktatury śmiać się nie można, tudzież z kobiet, uchodźców, ofiar, terroryzmu, narodowych tragedii itd. Nie można, ale tutaj – przypomnę tezę z drugiego zdania – jest karnawał: odreagowanie dominującego dyskursu.

Próżno się Wojciech Orliński dwoi i troi, by udowodnić, że „Dyktator” ośmiesza głównie nasze stereotypowe, rasistowskie myślenie, i że zupełnie nie wymierza swojego ataku w Bliski Wschód. Jest Orliński równie pochopny jak weganko-feministka Zoey. Oczywiście Sacha Baron Cohen nie jest samobójcą (i nie chciałby trafić na tę samą listę co Salman Rushdie), ale zestaw klisz, których używa (np. pociąg do kóz, antyizraelskość, ropa naftowa, przyjaźń z Osamą) jasno wskazuje, kto jest celem. Nie zmienia to faktu, że tytułowy dyktator jest hybrydą: znajdziemy w nim i arabskich terrorystów, i środkowoazjatyckich możnowładców, i nawet – ja znajduję – Hajle Selasje (jak z „Cesarza” albo czytanego niedawno wywiadu). Drugim z celów jest Ameryka, jej sposób prowadzenia polityki, jej demokracja, która – jak zrozumiemy z monologu Aladeena – jest wzorcową dyktaturą. (Co to jest demokracja? – dopytywał Fallaci szach Iranu). Wreszcie, last but not least, oburzeni i cały naiwny wstręt do systemu, który prezentuje wegańska spółdzielnia spożywców (spółdzielnia socjalna?), przekładająca ideały z kursów feminizmu itd. na codzienność. Właściwie każda scena w kooperatywnym sklepiku jest obrazoburcza dla nas, wyrosłych z różnych organizacji broniących świata. Może dlatego tak się śmieję?

Jest też „Dyktator” całkiem poważnym filmem o uprawianiu polityki międzynarodowej. Przecież defilada Aladeena na wielbłądzie po ulicach Nowego Jorku od razu przywodzi na myśl obozowiska Kaddafiego w Villa Doria Pamphilij. To samo pytanie, które zadaje sobie czytając Fallaci: jakim sposobem ci dranie rządzą światem? Jak to jest, że dzięki Realpolitik, podajemy ręce najgorszym zbrodniarzom? I to jest morał z filmu, zupełnie już, nieśmieszny.

(Ostrzeżenie: humor w filmie „Dyktator” może osoby bardziej wrażliwe zmusić do opuszczenia seansu).

(2,5/4,0)

Dodaj komentarz